czwartek, 14 stycznia 2016

Moje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa (...)

    Kiedy byłam mała, tata zabierał mnie na polowania.
Wciąż pamiętam dzień, w którym pierwszy raz umknęłam poza granice Dystryktu Dwunastego do zielonego lasu - tętniącego życiem, lepszego świata, w którym nietrudno o jedzenie, a i czujesz się bezpieczniejszy, niż w zasięgu wzroku Kapitolu.
      Musiałam wstać wczesnym porankiem, gdy słońce dopiero zaczęło wchodzić na horyzont, barwiąc niebo rozkosznymi kolorami - pomarańczą, czerwienią, a nawet fioletem. Te miękkie kolory, które zaraz po przebudzeniu dostrzegłam przez okno, sprawiły, że wstało mi się jeszcze przyjemniej, wiedząc, że na chwilę uciekamy z Dystryktu. Będziemy o kilka kroków bliżej słońca, pomyślałam.
     Tata zarzucił mi na ramiona przydużą myśliwską kurtkę, która wszędzie miała poukrywane małe kieszonki, by można było bezpiecznie przechowywać drobne rzeczy, których za żadne skarby świata nie chciało się zgubić. Jak na przykład srebrny pierścionek mamy, który jest w rodzinie od pokoleń, a mama podarowała go ojcu. "Byś zawsze miał coś, co będzie ci o mnie przypominało, w razie gdybyś..."
     Oczywiste, że wówczas chodziło jej o zagrożenie, jakie wiąże ze sobą nielegalne polowanie.
Po dzisiejszy dzień mam ten pierścionek. Schowany głęboko, odseparowany od wszystkich. Prawdę mówiąc nawet go nie wyciągam. W zasadzie nie pamiętam czy kiedykolwiek wyszedł poza maleńką, przetartą kieszonkę kurtki taty.
     Nie było zimno. Bynajmniej. Wręcz odwrotnie, bo było bardzo ciepło. Ale tata nigdy nie polował bez niej.
     Na nogi założyłam specjalne buty ze skóry, elastyczne i dopasowujące się do stopy, które ojciec kupił na ćwieku. Dał za nie dwie wiewiórki, trzy ryby i wiaderko poziomek. Nie wiem jak wynegocjował taką niską cenę, to robota pierwsza klasa. Te buty, wytrzymałe i wygodne, kosztowały zdecydowanie więcej. To pewnie dlatego, że wszyscy na ćwieku bardzo go lubili i szanowali. Obuwie dobrze się sprawowało.
      Zanim w ogóle przekroczyliśmy próg naszego skromnego domu, tata zagrodził mi drogę, odgarnął jeden z warkoczy do tyłu i powiedział:
- Musisz wiedzieć, że w teorii takie wyprawy są bardzo niebezpieczne. Grożą nawet śmiercią, jeśli strażnicy pokoju cię przyłapią. W najlepszym wypadku wychłostają cię. Aczkolwiek trażnicy też są ludźmi i pragną świeżego mięsa, wobec tego trochę przymykają oko na wyprawy kilku mieszkańców. Dlatego w praktyce jest, jeśli można to tak nazwać, bezpieczniej. Niemniej jednak nigdy nie myśl o bezpieczeństwie, jako o czymś osiągalnym i zapewnionym. Nigdy nic nie wiadomo, dlatego miej oczy szeroko otwarte.
- Wiem to. Nie boję się - odparłam pośpiesznie, chcąc grać dorosłą. Chyba nawet myślałam w taki sposób, nie bałam się. Nie aż tak, jakby można było przypuszczać...
      Kiedy podeszliśmy pod płot, tata przystanął i przyłożył palec do ust. To wymowny znak, który oznacza, że trzeba być cicho. I zaczęliśmy nasłuchiwać charakterystycznego dźwięczenia płotu pod napięciem. Po minucie głuchej ciszy, zakłóconej jedynie szelestem liści, rozejrzeliśmy się i pośpiesznie przeczołgaliśmy pod poluzowanymi drutami. Na ogół nie płynął tędy prąd. Choć przecież powinien. A kiedy go nie było, płot stawał się zwykłym kawałkiem drutu, zupełnie nieszkodliwym. Tata nauczył mnie odruchu nasłuchiwania. I dobrze, bo czasem, przez zrządzenie losu, prąd jednak płynął i wystarczyłoby muśniecie palcem, a padłabym, usmażona.
          - Spójrz - powiedział, gdy byliśmy już w takim miejscu, że zewsząd okrążał nas las - tu rosną jagody. Zerwij je.
Oczy zapewne mi zabłysły. Moja ręka automatycznie wystrzeliła w ich kierunku. Nie pomyślałam o obejrzeniu owocu, od razu skierowałam dłoń do ust.
- Jesteś pewna, Katniss? Nie działasz zbyt szybko? Pomyśl.
     Zmarszczyłam brwi i wbiłam wzrok w fioletowe, słodkie kulki. Ile miałam lat? Może dziewięć. Nie potrafiłam wówczas zrozumieć niektórych rzeczy. Dla mnie jagoda była zwykłą jagodą, nie pomyślałabym, że może służyć jako broń lub trucizna w walce, co przecież później wykorzystałam na siedemdziesiątych czwartych Igrzyskach, lub że może zabić mnie, jeśli tylko kropelka soku spadnie  na mój język albo będzie miało jakikolwiek kontakt z moimi błonami śluzowymi.
 - Chcę ci tylko przypomnieć, że musisz mieć oczy szeroko otwarte. Jest pewien owoc, który szalenie przypomina ten, który trzymasz w ręku. Łykołak - urwał i wpatrywał się we mnie, dając mi czas na przetworzenie informacji. - Jest trujący. Zabija w jedną chwilę, a wystarczy jedna kuleczka. Tak maleńka jak ta - wskazał palcem na moją dłoń, a ja automatycznie wyrzuciłam je na ziemię, jakby sam styk ze skórą mógłby zrobić mi krzywdę.
- Te są w porządku. Możesz je zjeść.
- A te rośliny - schylił się, żeby zerwać je - są lecznicze. Mama na pewno się ucieszy z nowych zapasów. Mogą uratować życie kiedy na przykład pożądlą cię osy gończe. Tutaj zdarza się to rzadko, ale można być ubezpieczonym, bo przecież różnie to bywa.
     Uśmiechnął się, gdy się wyprostował, ale w jego twarzy potrafiłam dostrzec cień bólu. Praca, polowanie. To wszystko bardzo go męczyło. Wyglądał na steranego. Mimo wszystko wiem, że sprawiało mu to przyjemność, bo czuł się tu w pewien sposób wolny niczym ptak. Dystrykt Dwunasty był przyciasną klatką, ogrodzenie zamknięciem, przez które da się przecisnąć, jeśli się spróbuje i jeśli jest się człowiekiem odważnym, a las był... wolnością. A to wolności przecież Kapitol boi się najbardziej. Dla mnie później również.
     Przycisnęłam do piersi książkę. Rodzinny zielnik, w którym opisane było wiele roślin. Tata powiedział, że mam go dobrze pilnować. Nie wolno mi go zgubić, bo kiedyś być może ta wiedza mi się przyda. I pilnowałam ją nawet po śmierci taty. Często wertowałam pożółkłe stronice księgi, usiłując zapamiętać opisy roślin, a następnie szukałam ich po lesie. Nieraz siedziałam godzinami, przyglądając się znalezionemu okazowi, żeby upewnić się czy to na pewno to. Tata zwykł mówić, że każdy nierozważny ruch może zabić, bo czasem wydawałoby się jadalne rośliny mogą być trujące, a zwykłe chwasty mogą być lekarstwem. To właśnie uratowało Peetę na naszych pierwszych Igrzyskach Głodowych.
     Kiedy przekartkowywałam książkę, wyczuwałam niewidzialne ślady i zapach ojca gdzieś między kartkami. Wpatrując się w pochyłe litery, wzruszałam się, przypominając sobie osobę, która nauczyła mnie tak wiele.
   
*** 

     Tata trzymał mnie za rękę. Jego dłonie były duże, mocne, ciepłe, ale też szorstkie od niezliczonych godzin, spędzonych pod ziemią, w kopalni, w której później przyszło mu umrzeć...
     Szliśmy, przyglądaliśmy się różnym roślinom, a ja czasem otwierałam książkę, aby znaleźć w niej dany gatunek. Cieszyłam się, gdy tata potwierdzał moje przypuszczenia - owoc, który wskazałam, był jadalny, liście, które zerwałam mają działanie odkażające. Pozbierałam więc je i schowałam do małej torebki. Pomyślałam wówczas, że Prim ucieszy się, kiedy przyniosę jej prezent w postaci leśnych słodyczy, a mamie rośliny, z których przyrządzi specyfiki. Tak jak tata to robi. Przynosi mamie coś z lasu. To taki symboliczny podarunek, ale mama za każdym razem wzrusza się do tego stopnia, że jedna czy dwie łzy spływały po jej rumianych policzkach. Kiedy teraz o tym myślę, do głowy przychodzi mi, że to - oprócz aktu miłości -  mogło być swego rodzaju trofeum. Coś jak dowód zaradności ojca, który wymknął się z lasu, co jest zakazane, i przeżył, nie został pojmany przez władze. Swoisty dowód życia.
     - Chodź! W tym drzewie ukryłem łuk. Jest kilka pni, starych, częściowo pustych, w których bezpiecznie schowałem broń. Może po mojej śmierci znajdziesz jeden i być może wzruszysz się, przypominając sobie swojego ojca - powiedział z uśmiechem, a ja skrzywiłam się, zastanawiając się nad jego słowami. "Jak może umrzeć? Zostawiłby nas? Wtedy i my byśmy umarły". Nie powiedziałam nic. Odwzajemniłam uśmiech, choć sztucznie, bo przecież on szczerzył zęby bardzo szeroko, więc nie mogłam się ot tak rozkleić. Na chwilę schowałam twarz za gruby szal i uroniłam jedną łzę. 
- Tutaj schowałam też jeden egzemplarz dla ciebie, Katniss. 
      I tym razem uśmiechnęłam się szczerze. Łuk. Mój własny łuk, wykonany przez mocne, zaradne ręce. Wskazał mi palcem na pusty, zwalony pień drzewa. Otwór był przykryty zielonymi liśćmi, patykami i wyrwanym mchem, misternie poupychanym przy wlocie. Delikatnie odgarnęłam zasłonę i zajrzałam wgłąb skrytki. Musiałam położyć się na ziemi i wsunąć do środka po ramiona, a następnie jak najdalej wyciągnąć rękę, żeby dosięgnąć łuku. Wysunęłam się, położyłam na ziemi i wsunęłam z powrotem. Powtórzyłam tę czynność z większym łukiem i dwoma kołczanami ze strzałami. 
     Przejeżdżałam raz za razem po drewnianym, gładkim majdanie, póki tata nie zabrał mi go, żeby go przygotować.  Później włożył też swój majdan pomiędzy nogi, nagiął go i  założył cięciwę na swój, większy i potężniejszy, niż moja dziecięca wersja. 
     Usiadłam na ziemi, objęłam nogi rękami i wpatrywałam się w ojca, który władał bronią, jakby była naturalnym przedłużeniem jego kończyn, chciałam nasycać umysł wiedzą. Pamiętam, że wtedy pomyślałam, że kiedyś chcę być taka jak on! Silna, zaradna, tak bardzo inteligentna. I odważna.
     I tak wpatrywałam się w niego, kiedy celował do drugiej wiewiórki, którą miał później sprzedać piekarzowi w mieście. Stał wówczas przede mną, w wielkim skupieniu, i nawet bym nie pomyślała, że za dwa, trzy lata już nie będzie go z nami, bo wybuch w kopalni rozerwie go na strzępy, a on stanie się nieżywy, jak wiewiórka, którą trafił w oko, a ja będę musiała przejąc jego obowiązki, żebyśmy mogły przeżyć.
      Kiedy była moja kolej wstałam, trzymając w dłoni łuk. Ustawiłam się w pozycji, którą podpatrzyłam u niego. Już nawet wyciągnęłam strzałę, a jej rowek założyłam na cięciwę. I starałam się być na prawdę bardzo, bardzo poważna i pewna w tym, co miałam zamiar wtedy zrobić, ale za żadne skarby nie potrafiłam uspokoić lub chociaż ukryć trzęsących się dłoni. Tata tylko uśmiechnął się pod nosem i powiedział, że mam czas na naukę, że nie opanuję  tego od razu, bo jest to bardzo trudne, więc nie mam się co stresować. A później dodał "nie musisz dorastać zbyt szybko". Szkoda, że jednak musiałam dorosnąć, będąc dzieckiem. Ale wtedy, w tym miłym momencie mojego życia,  nie wiedziałam tego i chyba żyło mi się lepiej z takim przekonaniem. Z myślą, że tata zawsze będzie, że nie będę musiała sama dbać o rodzinę, i tylko będę się spokojnie uczyć.
     Pierwsza próba była straszna. Ale tata zapewniał mnie, że tak będzie, bo łucznictwo to twardy orzech do zgryzienia.  Zgubiłam jedną strzałę, która poleciała przed siebie w gęstwinę i nie potrafiłam wymuskać jej spomiędzy ostrych gałęzi. Druga próba była lepsza, bo prawie trafiłam w jabłko, które tata postawił na jednym ze zwalonych drzew, ale jednak chybiłam o dwa centymetry, strzała dobiła do drzewa i przełamała się wpół, a ja wcześniej zraniłam się w przedramię cięciwą, gdy ją zwalniała.
Trzecią próbę zaliczyłam do udanych.
- Nie stresuj się, zepnij mięśnie, celuj, skup się! 
     I trafiłam w jabłko, strzała przepołowiła owoc, który zwalił się z pnia, na którym je postawiono. Klasnęłam w ręce i automatycznie wtuliłam się w człowieka, stojącego za mną. Sięgałam mu zaledwie do klatki piersiowej, ale to dobrze. W kojącej ciszy i spokoju, ofiarowywanemu nam przez las, słyszałam bicie jego serca. "Dobrze", powtarzał mi cicho. "Dobrze, jestem dumny. Jeszcze będziesz świetna, czuję to".
      Pracowaliśmy i ćwiczyliśmy jeszcze może przez godzinę, a następnie ruszyliśmy w drogę. Tata ustrzelił jeszcze dwie kolejne wiewiórki i trzy zające, które schowałam do torby. W drodze nad jezioro, ojciec nagle stanął, wpatrując się w mały punkt ponad moją głową - gdzieś wysoko na gałęzi siedział ptak, jak wytłumaczył mi tata, Kosogłos. I to był pierwszy raz, gdy zobaczyłam to ciekawe stworzenie, którym dane mi później było się stać. Dowiedziałam się skąd się wzięły i jakie niezwykłe umiejętności posiadały.
- Więc zaśpiewaj - powiedziałam z uśmiechem. - Chcę usłyszeć, jak powtarzają po tobie. 
   
Czy chcesz, czy chcesz
Pod drzewem skryć się?
Tu zawisł ten, co troje zginęło z jego mocy.
Dziwnie już tutaj bywało,
Nie dziwniej więc by się stało,
Gdybyśmy się spotkali pod wisielców drzewem o północy.

Czy chcesz, czy chcesz
Pod drzewem skryć się?
Choć trup ze mnie już, uwolnię cię od przemocy.
Dziwnie już tutaj bywało,
Nie dziwniej więc by się stało,
Gdybyśmy się spotkali pod wisielców drzewem o północy.


     W ciszy i skupieniu wsłuchiwałam się w ciepły, ale głęboki głos taty, w słowa, które usiłowałam zrozumieć i w piękną, łatwą melodię, którą od razu załapałam. Kiedy skończył, patrzyłam na ptaki, które zleciały się na pobliskie drzewa, gdy usłyszały piosenkę, oczekując na podjęcie przez nie melodii. Ale nic się nie wydarzyło, ptaki milczały. Okazało się, że i one oczekiwały na dalszy ciąg, na kolejne minuty wsłuchiwania się w głos mężczyzny, ale kiedy zorientowały się, że to koniec, zaczęły wyśpiewywać swoją wersję drzewa wisielców. Na prawdę byłam zachwycona. To nowe doświadczenie, szalenie umilające czas. Później przez cały czas śpiewałam w głos różne piosenki - począwszy od starej jak świat pieśni o dolinie, którą wykonywałam przed klasą w pierwszym dniu szkoły, przez piosenki, które kiedyś nauczył mnie tata, do tej nowej, która na dobre wszyła mi się w głowę. Ptaki mi wtórowały. One też musiały być zachwycone. Niewiele osób wybiera się w te rejony, a jak już, to na pewno nie marnują czasu i energii na śpiew. To tata zakorzenił we mnie miłość do muzyki. To ona osładzała nam życie, istniała w naszym domu całymi dniami, a i nocami, gdy budziłyśmy się z koszmaru, ja lub moja siostra.  Wszyscy śpiewaliśmy, dlatego zdziwiłam się raz, gdy mama zabroniła mi śpiewać drzewo wisielców, a ja zrozumiałam dlaczego dopiero, gdy byłam starsza i w końcu pojęłam znaczenie słów.
Kiedy tata zmarł, muzyka umarła razem z nim. Powróciła do mnie dopiero później, w najgorszych momentach.
    Uparłam się, że chcę zobaczyć jezioro. Tata opowiadał o jego pięknie, o czystej wodzie i pozytywnej energii, która tam panuje. Widząc słońce, wiszące nad głową, rozjarzone i grzejące, jeszcze bardziej chciałam tam iść.
Na miejscu, gdy pierwszy raz zobaczyłam cały krajobraz, nie zawiodłam się. Od tamtej sekundy wiedziałam, że to będzie nasze specjalne miejsce, do którego warto powracać dla samych, choćby, wspomnień. Wiatr tam wiał nieco mocniej, ale pachniało jakąś, pewnego rodzaju, świeżością i rześkością. Ściągnęłam buty i skarpetki, po czym weszłam do wody po kostki, dalej się bałam, póki co. Tata dołączył do mnie.
- Widzisz to? - wskazał na roślinę, pływającą po gładkiej tafli. - To strzałka wodna. Od jej nazwy pochodzi twoje imię - powiedział. - Głód nie zajrzy ci w oczy, jeśli uda ci się odnaleźć siebie - dodał żartobliwie, a ja mimowolnie się zaśmiałam. Więc następną godzinę brodziliśmy w jeziorze, nogami wygrzebując z mułu korzenie tej rośliny i rozmawiając o innych, które można znaleźć, jeśli się dobrze szuka.
- Kiedyś nauczę cię pływać - zapewnił mnie, kiedy wycieraliśmy nogi brudnym ręcznikiem, który upchał w torbie. - Nie dziś, bo trzeba wracać, powoli robi się późno, a przed nami długa droga do domu.
      Droga powrotna była równie przyjemna. Gdy przeczołgaliśmy się pod poluzowanym fragmentem ogrodzenia, pomyślałam, że nie chcę wracać do miasta, że chcę zamieszkać w lesie, bo tam jest moje miejsce. Nogi bolały mnie po tych wszystkich kilometrach, które przebyliśmy, ale nie przeszkadzało mi to, był to miły, kojący ból. 
      W mieście wstąpiliśmy do piekarza, który zabrał wiewiórki, a dał nam chleb, uśmiechnął się ciepło i wręczył mi ciastko z wymalowanymi niebieskimi, ładnymi kwiatkami, zupełnie za darmo. Weszliśmy też na Ćwiek.
      Nie mogłam przestać myśleć o tamtym miejscu. Moje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa są zielone, osłodzone dzikimi owocami, pachną świeżością, trawą i jeziorem, czuć w nich wolność i słychać głos taty, szum liści i wody oraz rozćwierkane Kosogłosy.
 ➳➳➳

Jakoś tak przyjemnie mi się to pisało!:)
Nie ukrywam, że troszkę zainspirował mnie jeden fanowski fimik "The Hunger Games: The Hanging Tree"   To jest serio dobre. Polecam, jeśli ktoś nie widział!  


      

    

środa, 30 grudnia 2015

Dłonie ma poorane bliznami - pięknymi niedoskonałościami, które przypominają mi o wcześniejszych latach

    Nie potrafię oddychać, choć uparcie usiłuję zaczerpnąć powietrza. Powietrze jednak nieznośnie kłuje mnie w gardle, więc tylko zaciskam wargi, wgryzając się w nie zębami. Czuję smak krwi, która wypełnia moje usta i powoli spływa po brodzie.
    Obraz zaciemnia się coraz szybciej, aż w końcu czuję coś w rodzaju przerażenia, więc zaciskam również powieki. Moje dłonie wędrują w kierunku głowy, palce automatycznie zaplątują się we włosy. Ciągnę za ich końcówki, żeby bólem oddalić obrazy, które zaczynają malować się na czarnym tle. Kiedy otwieram oczy, wcale nie odczuwam ulgi. Co prawda odzyskałem wzrok, ale kiedy widzę rzeczywistość, wzbiera we mnie jeszcze większy gniew i przerażenie.
     To, co stoi przede mną, zbliża się wolnymi, rozlazłymi krokami. Jej wydłużona sylwetka sunie przed siebie - z każdą sekundą coraz szybciej. Ciągnie za sobą pelerynę z ciemnych, długich, poplątanych włosów, które zwisają swobodnie po obu stronach jej pyska. Kąciki ust ma groteskowo rozszerzone.
- Peeta! - chrypie i przyśpiesza, widząc, jak wstaję. Wyciąga ku mnie chude dłonie, ozdobione długimi, szpiczastymi, nierównymi pazurami. Przy każdym kroku zostawia na posadzce krwawe plamki, które sączą się z kilku zaropiałych ran na jej skórze.
     Stoję w rozkroku i rozpościeram palce - gotowe, by ją nimi skrzywdzić. Zrobię to gołymi pięściami. Tu i teraz.
     Już prawie jest przy mnie. A ja wcale nie uciekam, tylko odliczam w myślach sekundy do spotkania z nią twarzą w twarz. Każdy jej jeden krok to jedna sekunda i mój głęboki oddech, który pali mnie w płucach.
     Słyszę jej głośne kroki. Słyszę nawet jej zasapany oddech i serce, które łomocze o żebra. Tak jest cicho.
     Wbija we mnie wzrok i szepcze coś pod nosem, ale nie jestem w stanie dosłyszeć żadnego słowa. Jej serce bije bardzo głośno i to wpędza mnie w jeszcze większy gniew, bo dochodzę do wniosku, że jest wciąż żywa, a jedyne, do czego dążę w życiu, to zabicie jej. Kiedy jest dostatecznie blisko, odnajduję jej oczy i na chwilę nieruchomieję. Szare, piękne, błyszczące. Takie są. I szalenie znajome. Nie potrafię znaleźć żadnych złych wspomnień, wiążących się z tymi oczami. Karcę samego siebie, wbijając paznokcie w skórę.
     Zamykam oczy, usiłując odróżnić prawdę od ułudy. Czuję dotyk na piersi i zaczynam się trząść. Odtrącam jej dłoń, wydawałoby się bardzo delikatnie. Jest nieustępliwa. Znów mnie dotyka... chyba samym koniuszkiem palca - tyle czuję. Lub aż tyle. Później przykłada całą dłoń. Usiłuję odpędzić sprzed oczu jej paskudny portret. Przytula mnie. Policzek przyciska do mojej szyi, czuję jej ciepły oddech - wbija się w moją skórę, jak maleńkie igiełki. A następnie mnie całuje. Odtrącam ją z całych sił, aż upada z hukiem na ziemię. Siadam na niej okrakiem i ze wściekłością w oczach zaciskam ręce na jej szyi. Robi się sina na twarzy, a ja wzmacniam uścisk. Rozchyla wargi, a jej oczy stają się jakby mętne, gdy ucieka z niej życie. Jej oczy, zapełnione łzami. To są oczy mojej Katniss. Puszczam jej gardło, a ona zaczyna się krztusić i próbuje złapać powietrze.  I nagle zaczynam widzieć wszystkie szczegóły, które nie pozwalają mi porównywać jej do zmiecha. Usta wracają do wcześniejszego kształtu. Twarz wygląda, jak zawsze, jest piękna. Włosy leżą na ziemi, rozrzucone na kafelkach, omiatają jej twarz. Zakrywa usta rękami i zaczyna przeraźliwie kaszleć. Dłonie ma poorane bliznami - pięknymi niedoskonałościami, które przypominają mi o wcześniejszych latach, o walce, którą wygraliśmy, o ogromnej drodze, którą przebyliśmy.
     Coś w głowie mówi mi, że powinienem znaleźć krzesło. I ten rozkaz przekrzykuje wszystkie złe komentarze. Wobec tego, dysząc głośno, rozglądam się za czymś stabilnym, czego mogę się złapać.
      Przez oczy pełne łez patrzę na oparcie drewnianego krzesła. Lata pozostawiły na nim swoje piętno. Kiedy przesuwam po nim palcem, czuję jego szorstką powierzchnię. Przez wszystkie ataki wyżłobiłem w nim mnóstwo rowków po paznokciach. Można nawet dostrzec kilka wgłębień - tam zwykle zaciskam palce, aż zaczynają mi bieleć kości, a następnie przestaję je w ogóle czuć.
- Peeta - mówi cicho, chrypiąc. Automatycznie odwracam się w jej stronę, a wszystkie obawy, które dałem radę odpędzić, powracają z podwójną siłą. Stoi tam, mała, krucha, wystraszona, tak wygląda teraz w moich oczach. Trzyma się za szyję, a po jej policzkach płyną łzy.
     Podchodzi do mnie, przytula się w moje plecy, moczy mi koszulkę. Nie ustępuje nawet wówczas, gdy zaczynam krzyczeć, przeklinać i płakać tak głośno, że zapewne słychać mnie w całym Dystrykcie.
      Nigdy nie potrafię się nadziwić - jakim cudem, po przeżyciu tego, co przeżyła wciąż jest tak szalenie silna. I wierzy. W tym we mnie. Jak to jest, że zawsze mi wybacza?  Kiedy się jej o to pytam, mówi, że to naturalne, że tak trzeba, bo miłość wymaga poświęceń. Zawsze mi tłumaczy, i jest święcie przekonana, że ja postąpiłbym tak samo, gdybym był na jej miejscu. Wtedy patrzę na nią, powstrzymuję łzy i na głos przyznaję jej rację.







sobota, 5 grudnia 2015

Adnotacja epizod siódmy

       Kiedy wracam do domu, do żony, jest już środek nocy. Księżyc, pulsując, stabilnie wisi na środku nieba - choć prawdopodobnie zrobi jeszcze kilka kroków wzwyż. Na ciemną zasłonę nocy przyszyto mnóstwo świecących gwiazd, które migoczą z gracją, nieco oświetlając drogę, którą idę. Chmury co jakiś czas przepływają obok księżyca, ale nie mają zamiaru zawitać tam na zbyt długo - muskają tylko srebrną tarczę i wyruszają w dalszą drogę. Sierpniowy wiatr wieje delikatnie, niosąc w niewidzialnych rękach zapachy kończącego się lata. Jest piękny wieczór, ale nie potrafię się nim cieszyć, bo krok w krok chodzi za mną ogromny obłok wspomnień z dzisiejszego wieczora.
      Zmarł mój synek. Moje dziecko, którego tak bardzo pragnąłem. Prawda czy fałsz? Prawda czy fałsz?
   Musiałem iść do zakładu pogrzebowego, chciałem zrobić to jeszcze tego samego dnia, a na szczęście prowadzi go nasz stary znajomy. Nie mogłem znieść myśli, że Katniss będzie w pokoju obok, podczas, gdy nasze dziecko będzie leżało w łóżeczku, przykryte po szyjkę, z czapeczką na główce - jak żywe. Może nawet podkradłaby się do niego w nocy, będąc przekonaną, że powinna je nakarmić, bo tak podpowiada jej matczyny instynkt, choć przecież by nie płakało, wołając o pokarm.
     Obawiam się, że jej umysł jest zniszczony, zbyt wiele przeżyła. Myślę, że jest chora i powinna porozmawiać z lekarzem. Obydwoje powinniśmy.
     Niosłem w rękach, przez pół miasta, kruche, zimne zawiniątko. Co jakiś czas odkrywałem jego maleńką twarzyczkę. Sam nie wiem po co... Może chciałem jeszcze kilka razy na niego popatrzeć, zanim go oddam, może w ten sposób próbowałem się z nim pożegnać. A może po prostu miałem wątłą nadzieję na to, że jednak się obudzi; że nie jest martwy. Ale jest. I zdałem sobie sprawę z tego dopiero wówczas, gdy mężczyzna zabrał mi je z rąk. Pocałowałem synka w czoło i przez moment wpatrywałem się w niego. On powinien jeszcze być w brzuchu Katniss, rozwijać się, by później urodzić się w bólu, łzach, ale i w szczęściu. Ja stałbym obok żony, trzymając ją za rękę i szepcząc kojące słowa. Każdy jej krzyk wywoływałby na mojej twarzy szeroki uśmiech - każdy krzyk przecież oznaczałby jeden krok bliżej naszego dziecka.
A tymczasem nawet nie było mnie w domu, gdy roniła. Powinienem był być pierwszą osobą, która zobaczy jej łzy. I scałuje jedną po drugiej, ostatecznie znów ją mocząc własnymi.
       Nie zostałem u niego długo, nie chciałem, by Katniss była sama w domu. Wobec tego na wpół biegnąc, na wpół idąc, wracałem do domu, płacząc, tłukąc pięściami w mury i kopiąc wszystko, co akurat dostało się pod moje nogi. Ignorowałem te wszystkie dźwięki, które wydostawały się z mojego, zdartego już, gardła i niosły się po Dystrykcie. Niech to piękne, spokojne niebo słyszy, jak jestem przerażony i zrozpaczony... Niech wie, że nie powinno wyglądać na szczęśliwe. Niech w końcu zrozumie, że powinno płakać razem ze mną!
      Staję przed drzwiami i wycieram mokrą twarz. Nabieram powietrza w usta i wypuszczam je - powtarzam tę czynność kilkukrotnie - po czym wsuwam klucz do zamka i wchodzę do środka.
     Jest cicho, co mnie martwi, bo oczekiwałem donośnego płaczu, roznoszącego się po domu. Rozglądam się po ciemnościach i nadstawiam uszu. Jedyny dźwięk, jaki jestem w stanie odnotować, to szum wody, dochodzący z góry.
Biegnę po schodach, nie widząc czego się spodziewać. W mojej klatce piersiowej zagnieżdża się pewne niepokojące uczucie.
       Kiedy wchodzę do sypialni, wszystko wygląda całkowicie dobrze. Moją uwagę przykuwa jedynie woda, sącząca się spod małej szpary pod drzwiami. Automatycznie szarpię za klamkę i w duchu dziękuję, gdy od razu daję radę je otworzyć.
      Ziemia jest cała mokra. Ubrania, porozrzucane na niej, pływają, przemoczone do ostatka. A w środku wanny leży ona. Jej klatka piersiowa ledwo się porusza, usta ma delikatnie rozchylone, ale oczy zamknięte.
     Nie jest jej do twarzy w krwi, a ta właśnie znajduje się wszędzie - na brzegach wanny, na ścianach, woda również jest zabarwiona czerwienią. Krew przede wszystkim znajduje się na jej nadgarstku i wciąż cieknie, rozbijając się ostatecznie na mokrej ziemi.
      Nie mogę wybrać jednej myśli i konkretnego uczucia, które waśnie kłębi mi się w umyśle. Czuję wszystko. I nie czuję nic.
      Nie zwracam uwagi na ubrania i wskakuję do wanny. Owijam ją ramionami i podnoszę wyżej, bo słabnąc, zsunęła się i jej dolna warga była zanurzona.
      Ślamazarnie otwiera oczy i wpatruje się we mnie. Jedyne, co jest w stanie wykrztusić, to ciche "przepraszam". Z każdym kolejnym oddechem, ucieka z niej życie. Spanikowany, rozglądam się po pomieszczeniu, ale kiedy nie odnajduję nic, co może mi pomóc, wpierw pozwalam sobie na odrobinę słabości, a potem kompletnie wariuję. Chwytam w dłoń ostre narzędzie, przez które moja ukochana pogrąża się w ciemności, i ciskam nim gdziekolwiek, nie zważając na to, gdzie upadnie. Niech płynie wgłąb otchłani, ale niech puści rękę Katniss, niech jej nie zabiera ze sobą... Niech wystarczy mu, że jest pośrednim sprawcą tej sytuacji.
- Katniss, Katniss! - krzyczę. - Coś ty narobiła?
     Chwytam jej nadgarstek w dłoń i przyciskam do ust. Krew brudzi mi wargi, ale nie zwracam na to uwagi. Raz za razem całuję głęboką ranę. - Coś ty zrobiła, głupia dziewczyno? Powiedz coś! Błagam!
- Przepraszam - powtarza. - Uratuj mnie.
      Całuję ją, jakby to był nasz ostatni pocałunek, a ona oddaje go, choć całkowicie delikatnie, prawie nieznacznie. Czuję na ustach muśnięcie motyla, odlatującego w daleką podróż - w podróż bez powrotu.
- Nie chcę żyć na tym świecie bez ciebie, Katniss... - szepczę.
      Przytulam ją do siebie, całą, i kiwam się w przód i w tył. Łzy spływają po moich policzkach i gubią się gdzieś w czerwonej od krwi wodzie. - Katniss, błagam. Katniss... błagam... - mówię między pocałunkami, które składam na jej czole. Kiedy w końcu dochodzi do mnie powaga sytuacji, dosięgam ręcznika i nieudolnie usiłuję zatamować krwawienie, uciskając zranienie. Wkrótce cały materiał staje się czerwony.
     Wychodzę z wanny. Wkładam ręce pod jej pachy i wyciągam ją. Wlokę ją do łóżka. Całą naszą drogę wyznaczają kropelki czerwonej substancji. Przykrywam ją jakimś przypadkowym materiałem i wyciągam sznurek z dresów, które leżały gdzieś na ziemi. Zawiązuję prowizoryczny opatrunek na jej ręce - zaraz nad raną, którą wycięła - i biegnę po telefon, który leży obok zapisanej kartki. Pozwalam sobie na przeczytanie kilka słów, reszty nie daję rady, bo oczy ponownie zachodzą mi mgłą. " Drogi Peeto, jak zwykle nie wiem co napisać, nigdy nie byłam w tym dobra. Chcę jednak, żebyś wiedział, że Cię kocham". Podczas, gdy czytałem te słowa, zdążyłem już wybrać numer i przycisnąć telefon do ucha. Po trzech sygnałach odbiera mężczyzna, którego proszę o pomoc. Zadaje mi kilka pytań, ale nie odpowiadam na nie, tylko krzyczę na niego i jedyne, co jej przekazuję to informacja o naszym adresie i o tym, że moja żona umiera. I rozłączam się, modląc się w duchu, by kogoś przysłali, mimo mojego wybuchu.
       - Nie możesz mnie zostawić. Nie po wszystkim, co przeżyliśmy. Nie zgadzam się na to.
       Zamyka oczy, a ja, jak szalony, rozchylam jej powieki, zmuszając ją do patrzenia na mnie. Nie chcę, by odpłynęła. Robi się coraz bledsza, a jej wargi coraz bardziej sine. - Hej, hej, skarbie... Proszę, proszę, proszę. Kochasz mnie. Prawda czy fałsz? - pytam. - Prawda czy fałsz, Katniss? Ja cię kocham.
- Katniss... jeszcze dobrze nie pochowałem naszego dziecka. Mam jeszcze pochować i ciebie? - mówię do niej, choć wiem, że moje słowa nie przyniosą żadnego rezultatu i dziewczyna na nie nie odpowie. Mówię to, bo to przynosi mi ulgę i pozwala po części rozładować napięcie.
     Zamyka oczy, ale wciąż oddycha - nieznacznie. Zaciskam palce na jej ramieniu i mocno potrząsam. - Co ty robisz? Wstawaj! Wstawaj! Obudź się. Proszę. Błagam. Musisz otworzyć oczy. Otwórz je. Nie zostawiaj mnie.
- Przepraszam. Kocham cię. Żegnaj.
      Tyle udaje jej się wyszeptać, zanim na dobre zamyka oczy, a jej klatka piersiowa przestaje się poruszać - w górę i w dół. Mówiła tak cicho i słabo... Między wątłymi oddechami. Mówiąc urwanymi słowami. Wpadam w panikę, jakiej dawno nie doznałem.
     Najpierw staram się upewnić czy na pewno nie oddycha, a kiedy dochodzi do mnie okropna prawda, układam obydwie dłonie na jej klatce piersiowej. Usztywniam ręce w łokciach i zaczynam uciskać. Jeden, dwa, trzy uciski. Przetrząsam umysł, próbując przypomnieć sobie, jak należy przeprowadzać reanimację. Jedenaście, dwanaście, trzynaście ucisków. Oddychaj! Oddychaj! Dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć, trzydzieści. I dwa oddechy. Zatykam jej nos i odchylam głowę do tyłu, żeby udrożnić drogi oddechowe. Przyciskam usta do jej ust - jak najszczelniej - i wdmuchuję powietrze. Chcę, żeby zabrała cały tlen, który potrzebuję do życia. Niech weźmie go do ostatka, do najmniejszego tchu. Bez niej oddech nie jest mi niezbędny.
      To albo moja chora wyobraźnia, albo jej usta zaczynają się robić nieco sine...
      Przy okazji oddechów, obserwuję, jak jej klatka piersiowa porusza się w górę i w dół.
Dwa, dziesięć, trzydzieści uciśnięć. Dwa oddechy. Czy to ostatni raz, gdy czuję jej wargi na swoich?

 ➳➳➳
 Cześć, kochani! To znowu ja, jeśli ktoś tu jeszcze zagląda. Od czasu do czasu będę tu coś wrzucała - przy okazji publikacji na wattpadzie, żeby i tu było kompletnie! Jednak myślę, że będę bardziej aktywna właśnie tam (link do historii macie w odpowiedniej zakładce).
Musicie wiedzieć, że jestem szalenie dumna z tego epizodu - o ile mogę go tak nazwać. Długo myślałam o takim wątku, ale bałam się go umieścić w normalnym epizodzie. Ale po tym  czasie pomyślałam - a co tam! To przecież może mieć miejsce! Osoba z tak zniszczoną psychiką M O Ż E  wpaść na tak dramatyczny pomysł. Wobec tego napisałam tę adnotację. Zostawiłam częściowo otwarte zakończenie - wiemy, że Katniss żyje, bo dalsze epizody na to wskazują, ale jak została odratowana (czy przez Peetę, czy przez pogotowie, a może w jeszcze inny sposób?), pozostawiam Waszej wyobraźni! 

niedziela, 13 września 2015

Nie chcemy, by była przerażona wizją bestialskiej przeszłości, która mogłaby odrodzić się z popiołów

     Leżę na podłodze wraz z Peetą i naszym synkiem. Chłopiec trzyma pędzel w ręce i jeździ nim po kawałku czystej kartki. Mój mąż pomaga rysować mu piękne, majestatyczne drzewa i słońce, które ślamazarnie wyłania się zza puszystych chmur. Przy podstawie pnia siedzi dwoje ludzi. Syn jest na tyle zdeterminowany, że uparcie stara się naśladować tatę. I wychodzi mu to dobrze, bo razem rysują już od kilku lat! Dziewczynka czyta książkę, którą przed laty stworzyliśmy ku upamiętnieniu przyjaciół, rodziny, trybutów... Ku upamiętnieniu ofiar Kapitolu. I prawdziwych bohaterów - bo każda śmierć coś znaczy. Nasza córka wie dużo na temat Głodowych Igrzysk i świata, który kiedyś istniał. Część informacji zaczerpnęła ze szkoły, w której uczą o minionych czasach, ale poza tym jest głodna wiedzy, więc wypytuje się nas o różne zdarzenia, ale nie mówimy jej wszystkiego, niektóre szczegóły zatajamy. Nie chcemy, by była przerażona wizją bestialskiej przeszłości, która mogłaby odrodzić się z popiołów.
- Też kiedyś będę piekarzem i malarzem, jak tata - mówi chłopiec, obrysowując kolejny kontur. Mówi to tak normalnym głosem... nie zdaje sobie sprawy z tego jaką moc mają wypowiedziane przez niego słowa - moc poruszania serc. Spoglądam na Peetę, który uśmiecha się jak szalony. W jego oczach dostrzegam radosne iskierki i przebłyski dumy. Wbija we mnie wzrok, a z jego twarzy potrafię wyczytać "Jestem szczęśliwy". Całuje mnie w usta, a dziecko w głowę i splata nasze dłonie. Uśmiecham się pod nosem, wspominając jego słowa "Gdyby powiedziała "tato, naucz mnie malować", czułbym się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nigdy w życiu nie zmuszałbym jej do malowania, jeśli nie miałaby ochoty, bo może będzie chciała strzelać z łuku jak mama (...)". Wtedy mówił o naszej córce, bo nie wiedział, że drugi raz jestem w ciąży. Prim rzeczywiście chce, bym uczyła ją strzelać z łuku i nie za bardzo interesuje ją pieczenie ( choć kiedy tata proponuje jej robienie ciasteczek, nie protestuje ), ale natomiast nasz syn przejawia w sobie zamiłowanie do sztuki. Uwielbia rysować - piec również - i przyłapuję go na tym, że śpiewa różne stare piosenki, których go uczyłam. Bardzo szybko się ich uczy, choć czasem popełnia błędy - jak młodziutki kosogłos.

     - Opowiecie mi jeszcze raz o zmieszańcach? - pyta dziewczynka, zamykając książkę, którą odkłada na stolik. Podchodzi do nas. Czuję mocny uścisk dłoni Peety. Przerażona patrzę na twarz mężczyzny. Jest blady i zaciska szczękę. Wypuszczam powietrze ustami i wstaję. Mąż zajmuje miejsce obok. Najpierw wtula twarz w moją szyję, którą moczy kilkoma łzami, a następnie, gdy to nie przynosi rezultatu, chwyta moją twarz w dłonie. Widzę, że jego oczy diametralnie się zmieniły, są praktycznie czarne. Oddycha przez rozchylone wargi - głośno i ciężko. Z trudem się powstrzymuje, chociaż zaciska palce na moich policzkach nieco mocniej.
- Weź dzieci do innego pokoju, Katniss. Na górę. Weź je tam natychmiast! - aż podnosi głos, ale szybko zmienia ton. -  Nie chcę, żeby się mnie wystraszyły - mówi cicho, przez zaciśnięte zęby. Kiwam głową, dając mu do zrozumienia, że tak zrobię. Puszcza mnie i chwyta się oparcia krzesła, stojącego nieopodal. Wołam dzieci i zabieram je do ich pokoju, odwracając głowę w stronę Peety tylko raz. Słyszę donośny szloch męża, przekleństwa i stłumione krzyki. Chciałabym zostać z nim, ale wiem, że po tak wielu latach sam potrafi sobie poradzić, a ja muszę być z dziećmi, które nie powinny być świadkami jego szaleńczych wybuchów.
      Nasze dzieci już były świadkami jego ataków, mimo to Peeta nie chce, żeby musiały na to patrzeć i tym bardziej się go bać.
      Siadam na łóżku Prim i sięgam po książkę, którą otwieram na pierwszej stronie. Zapada cisza. Ja wpatruję się w zapisaną stronice. Synek biegnie do swojej małej sztalugi, którą dostał od taty. A córka podchodzi do komody.
- Co się dzieje z tatą? - pyta Prim, dobywając szczotki. Siada za mną, bierze w dłonie moje ciemne włosy i zaczyna je rozczesywać. - Myślałam, że już nigdy nie będzie miał wybuchów. Przecież minął rok czy dwa od ostatniego...
- Źle z nim, ale przejdzie mu. Jak zawsze, kochanie.
- Przecież zawsze gramy w "Prawda czy fałsz?" - drąży. Nie odpowiadam, czując ból- ukłucie w klatce piersiowej, w miejscu, gdzie znajduje się moje serce. - Nie powinniśmy zrobić tego i tym razem?
- Czasem trzeba odpuścić - mówię, posyłając jej wymuszony uśmiech, nadal patrząc na książkę. Nie mam jednak zamiaru jej czytać, więc zamykam ją i odkładam na bok. Mój wzrok wędruje za okno. Patrzę na inne domy, zamieszkane od wielu lat. Wioska zwycięzców już nie pełni swojej starej roli. Są tu po prostu zwykłe budynki mieszkalne, zajęte przez zwykłych ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego z Głodowymi Igrzyskami. Przez ludzi, którzy być może już nie pamiętają tamtych czasów. Minęło już przecież ponad dwadzieścia pięć lat. My jednak pamiętamy, bo nasze wspomnienia są zbyt mocne, żeby się ich pozbyć. I wszystko nam o tym przypomina  - spotykamy to na każdym kroku.
     Moja córka jakby czytając mi w myślach, mówi
- Sama w to nie wierzysz, mamo. Prawda czy fałsz?
     Moja córka zna mnie za dobrze. I jest bardzo inteligentna. I zbyt dojrzała, jak na swój wiek.
Chociaż... moja córka ma już szesnaście lat i...


     Moje dzieci nie wiedzą wszystkiego. Mówimy im wiele, na prawdę wiele,  ale niektóre wydarzenia pozostają między mną, Peetą i historią, która tkwi głęboko w umysłach wielu ludzi, którzy przetrwali wojnę. Nie chcę im tego mówić. Peeta również. Oboje zgodnie uważamy, że są za mali, byśmy opowiadali im wszystko.

      Ale chyba dopiero teraz do mnie dochodzi, że mają tyle lat... i mają prawo wiedzieć. Byliśmy w tym samym wieku, co Prim, gdy poszliśmy na swoje pierwsze Igrzyska.
      Mój wzrok wędruje w kierunku syna, a raczej w kierunku sztalugi, przy której ostatnio jeszcze był. Teraz go nie ma - został po nim jedynie ślad na płótnie. Zrywam się z miejsca, i jakby obawiając się, idę do salonu, gdzie zostawiliśmy Peetę. Córka podąża za mną i nawet nie usiłuję jej odesłać z powrotem. Wcale nie dziwi mnie, gdy widzę taką scenkę :
     Peeta siedzi na kanapie z dłońmi zaciśniętymi na włosach, a chłopiec obok. Głaszcze go po ręce, zaciska palce na ramieniu i przemawia do niego miłym, łagodzącym tonem. Przychodzi mi na myśl, że może często podglądali nas, gdy próbowałam uspokoić męża.
     Peeta każe mu odejść - mówi to szorstko i bardzo cicho, ale nie stara się go urazić, a syn nie ma zamiaru go zostawić. Finn mówi do niego o malowaniu. Opowiada  mu, że chce narysować naszą szczęśliwą rodzinę i, nie zważając na szloch taty, prosi go o pomoc w tym. A potem śpiewa mu piosenkę. Peeta w końcu się uspokaja i oczami pełnymi łez patrzy na swoje dziecko. Przyciąga  go za bark i przytula.
- Widzisz - szepcze Prim i kładzie głowę na moim ramieniu. - Potrafimy sobie poradzić. Możemy wam pomagać.
     Wzdycham, czując emocje, uderzające we mnie z rozmachem. Matce zawsze jest trudno zaakceptować fakt, że jej dzieci nie są już takie zaś małe i powoli dojrzewają. A moje dzieci wiedzą - wiedzą, że przeżyliśmy wiele. Rozumieją jakie są tego konsekwencje. I wiedzą jak sprawić nam radość. Więc kiedy myślę o tym, co wcześniej powiedział Finn, dochodzę do wniosku, że mógł wypowiedzieć to naumyślnie.
     Kiedy obydwoje zauważają naszą obecność i - Peeta najpierw ociera łzy - zapraszają nas do siebie. Wszyscy lokujemy się na kanapie. I postanawiam opowiedzieć im o swoich koszmarach, wyjaśniam im, jak udaje mi się przetrwać. Dowiadują się o kiepskich porankach, kiedy nie potrafię czerpać przyjemności z niczego, bo boję się, że zostanie mi to odebrane.
- Sporządzam wtedy w myślach listę dobrych uczynków, których byłam świadkiem. To taka zabawa.
- Zabawa jak ta w "Prawdę czy fałsz" ? - pyta Finn, szczerze poruszony moim wyznaniem.
- Całkiem podobna. I bawię się w nią, choć po upływie ponad dwudziestu lat staje się trochę nużąca.
" Istnieją jednak znacznie gorsze zabawy ", kwituje Peeta.
     Moje dzieci mają po naście lat. Żyją w pięknym świecie. W bezpiecznym świecie. W świecie wolnym od Głodowych Igrzysk i wszechobecnej śmierci. Ale rozumieją więcej, niż możemy sobie wyobrazić. Istnieją dla nas, jako nagroda, jako lek.
    Patrzę na moją  córkę, tak podobną do mnie, i zagarniam ją w ramiona. Byłam w jej wieku, gdy zgłosiłam się za siostrę. Dziewczyna oddaje uścisk. Nie muszę jej chronić przed niebezpieczeństwem. Uderza jednak we mnie myśl, że ona jest gotowa i zdeterminowana, by chronić mnie przed własnymi wspomnieniami i snami.
    Całe życie odganiałam od siebie myśl, że mogłabym mieć dzieci. Teraz wiem, że są ona moim największym skarbem i największym zwycięstwem.

 ➳➳➳







niedziela, 30 sierpnia 2015

Chcę wiedzieć, że znowu może być dobrze, a tylko Peeta może mi to ofiarować cz.3

     Od śmierci Prim, i mojego powrotu do Dwunastki nasz dom jest bardzo pusty. Zbyt duży, by mieszkała w nim jedna osoba. I zbyt obcy, by był to mój dom. Krzątam się po nim, szukając miejsc, w których kłębią się wspomnienia, kątów, gdzie odnajdę jej obecność. Pewnego dnia znalazłam gumki, którymi związywała dwa warkocze. Innym razem wstążkę, którą przewiązałam szyję jej Kozy, Damy, którą podarowałam jej na urodziny. Czuję jej obecność w lekach, które stoją w kuchni.
      Wróciliśmy tu rok temu i chociaż minęło już tyle czasu, ja wciąż czuję się tu zbyt samotna.
Więc kiedy ja i Peeta postanowiliśmy zrobić ten duży krok, poczułam, że chłopak wypełni tę pustkę swoją obecnością - swoim ciałem, oddechem, roznoszącym się po domu, krokami, śmiechem i głosem.

      Siedzę na schodach mojego... naszego domu, gdy Peeta wychodzi z wielkim pudłem po brzegi wypełnionym różnymi drobiazgami. Idzie ku mnie i uśmiecha się bardzo szeroko, ukazując cały rządek białych zębów. Wstaję, gdy do mnie dołącza. Otwieram mu drzwi i chwile je przytrzymuje, a on przez nie wchodzi i kładzie karton obok sterty innych, takich samych, ale wypełnionych zupełnie innymi małymi osobistymi rzeczami.
- Jesteś pewna, że powinniśmy to robić? - pyta, kiedy siada na kanapie, a ja na jego kolanach, i wtulam się w jego szyję.
- Tak. Dlaczego mamy tego nie robić?
Nic nie odpowiada. Przyciąga mnie jeszcze bliżej. Więc tak siedzimy przez dłuższą chwile i wpatrujemy się w nierozpakowane pudła.
- Lepiej weźmy się za nie - proponuję i obydwoje zgodnie wstajemy.
      Zanurzam rękę w stercie pięknych rzeczy. Wszystkie należą do Peety, i wszystkie coś dla niego znaczą. A on, bo tak powiedział, chce się ze mną wszystkim dzielić. Wszystkim co ma - wspomnieniami, dobrymi momentami - tymi złymi również - wszystkim materialnym, co posiada. Chce również mieć nowe wspomnienia, ze mną, które będziemy dzielić. A ja chcę, by wszystko, co posiadam było także jego. Dlatego nie uważam, że wspólne zamieszkanie jest złym pomysłem. Będziemy dzielić dom, powietrze, poranki, wieczory. Będziemy dzielić łóżko. I będziemy powolutku się zrastać na nowo.
     Moja dłoń napotyka na coś metalowego. Przez chwilę chłonę chłód przedmiotu, i w końcu wyskubuję go spomiędzy reszty rzeczy.
      Nie wierzę własnym oczom, gdy w wyciągniętej dłoni trzymam medalion. Intensywnie wpatruję się w kosogłosa na przodzie. W końcu przejeżdżam palcem po zatrzasku, a ten odskakuje i widzę zdjęcia w środku. Wygląda tak jak kiedyś. Może jest nieco zniszczony - podrapany i przetarty tu i tam - ale wciąż jak kiedyś. Patrząc na jego złotą, połyskującą powierzchnie, wspomnienia uderzają we mnie tak bardzo, że aż zaczynam się trząść. Przenoszę wzrok na Peetę, który kuca obok mnie, w ciszy.
- Jakim cudem masz ten medalion?
- W Kapitolu mi go odebrali, ale po wojnie znaleźli go w pudle z rzeczami Snowa. Uznali, że mam do niego prawo, że jest mój. I oddali mi go.
- Wciąż je masz? - pytam, zmieniając temat. - Te ewokacje - dodaję pośpiesznie. Chociaż dobrze znam odpowiedz, czekam aż sam mi jej udzieli. Milczy.
- Od dwóch miesięcy nie widziałam cię w takim stanie.
- Nie chciałem, żebyś mnie widziała takiego. Już zbyt wiele razy mi pomagałaś - stwierdza ze wzruszeniem ramionami. - Czuję się wtedy jak potwór.
- Przerabialiśmy już to. Jestem od tego.
      Pochyla się i całuje mnie w usta. Na chwile traci równowagę i razem lądujemy na ziemi.
Kiedy patrzę na jego twarz, dokładnie widzę łzy w kącikach jego oczu.
      Jedyne co mi zostaje, to rozmowa. A rozmowa może działać cuda, tak myślę. Dlatego więc, kiedy czuję kryształowy naszyjnik z jego łez na szyi, przemawiam do niego delikatnym tonem.
- Co teraz czujesz?
- Wszystko błyszczy, Katniss. Wzbiera we mnie wściekłość, chociaż tak nie powinno być. Twoja twarz... - na chwile urywa i dotyka mojego policzka. Koniuszkiem palce obrysowuje moje wargi. - Twoja twarz nagle się zmieniła. Nie rozumiem dlaczego widzę cię inaczej. Rozmazaną, niewyraźną. Jakąś taką... przerażającą. Jak nie ty. Po tym czasie już chyba powinienem odróżniać rzeczywistość od ułudy - i w tym momencie zamyka oczy, a palce zaciska na mojej ręce, więc nic nie odpowiadam, bo patrząc prawdzie w oczy, żadne z nas nie zna odpowiedzi.

***
     - Nie ruszaj się - krzyczę, wymierzając w niego ubrudzonym od kremowej farby pędzlem.
 - Powinieneś zastygnąć w jednej, dobrej pozycji - polecam mu, a on bez zbędnej gadaniny wykonuje mój rozkaz. Przez chwilę się wiercę aż odnajduję zadowalające ułożenie. Poprawiam kartkę w jednej dłoni i pędzel w drugiej. Pigment kapie raz za razem na czystą pościel, ale nie zwracam na to uwagi. Zanurzam koniuszek narzędzia w farbie i zaczynam kreślić jakiś kształt na kartce, który ma przypominać popiersie Peety. Śmieję się pod nosem, zauważając marny skutek całej tej czynności. 
     Chłopak siedzi naprzeciwko mnie i w prezentacyjnej pozie napina nagie mięśnie torsu i ramion, na których dostrzegam jeszcze większe czy mniejsze blizny po poparzeniach - zamierzam je pominąć na moim obrazie. Zakryty jest do połowy białą pościelą, dostatecznie ubrudzoną kolorowymi farbami. Albo nie... są piękne.
      Obok niego leży wypełnione płótno średniej wielkości, które Peeta przyniósł ze strychu, gdy jeszcze spałam. A zrobił to, bo uznał, że tak pięknie wyglądam z rana i chce to namalować. Nie przyznał mi się jak długo spałam, zanim się obudziłam i zauważyłam, że tworzy. Ale kiedy już byłam na tyle przytomna, żeby usiąść i się rozejrzeć, obraz był  prawie dokończony. Obrzuciłam go wtedy zabójczym spojrzeniem, ale zaraz potem wybuchłam śmiechem i położyłam się z powrotem, żeby umożliwić mu dokończenie tego, co zaczął. Kiedy jednak odłożył dzieło na bok, uparłam się, że tym razem ja chcę spróbować - choć oboje dobrze wiemy, że nie posiadam takiego talentu. 
" Trudno ", powiedziałam i usiadłam, zakrywając się kołdrą. " Dlaczego mam nie spróbować? ". I posłałam Peetę po kartki. Wstał i powolnym krokiem poszedł po to, o co go prosiłam. Kiedy wrócił, usadowił się na starym miejscu i zakrył twarz dłońmi, a kiedy je zdjął, na jego twarzy widniał już wielki, wyrośnięty rumieniec.
     Podkłada rękę pod kark, a jego mięśnie w rezultacie eksponują się jeszcze bardziej. 
Z entuzjazmem przeciągam pędzlem po po białej powierzchni, aż wkrótce widzę coś, co nawet przypomina Peetę. Uśmiecham się z dumą i już chcę nabierać niebieskiej farby, ale po przeglądnięciu wszystkich, którymi dysponuję, dochodzę do wniosku, że żadna nie oddaje koloru jego oczu.
- Wymieszaj kolory - proponuje mi Peeta, przykładając palec wskazujący do górnej wargi, na której błąka się cień uśmiechu.
      Nakładam po trochu różnych odcieni i bawię się, mieszając, aż otrzymuję powiedzmy podobny kolor, choć nie do końca. Peeta rzuca mi jeszcze jedną tubkę, a kiedy wyciskam jej zawartość na tackę, usta otwierają mi się ze złości. Prawie idealny kolor. Należy dodać do niego tylko odrobinę białego.
- Ty! ... - krzyczę i rzucam się na niego, ówcześnie odkładając kartkę. 
      Umazanymi rękami głaszczę jego twarz i ramiona, aż prawie całe pokryte się niebieskimi plamami. Usta zresztą też ma kolorowe. A kiedy zaczyna składać pocałunki na mojej szyi, zostawia tam mocniejsze i bledsze ślady, aż w końcu tylko mnie całuje. Wkrótce przenosi pocałunki na moją twarz i z uśmiechem pokazuje mi swoje dzieło, którego wcześniej nie chciał pokazać.
     Wyglądam na nim niemal pięknie - z włosami rozrzuconymi po poduszce i ustami delikatnie otworzonymi - nadal oznaczonymi pocałunkami Peety z wcześniejszej nocy. Jedną rękę zaciskam na kołdrze, którą zakrywam górną część ciała , a druga swobodnie leży gdzieś przede mną. Za mną jest okno, które rzeczywiście znajduje się za mną, gdy śpię, a za szybą widzę piękny zachód słońca.
      Wyglądam tu tak jakoś... delikatnie i wcale niezabójczo. Nie wyglądam jak dziewczyna przez którą zginęło tyle ludzi. Czy umysł i oczy Peety jeszcze potrafią zobaczyć mnie w ten sposób? Jak kiedyś? 
     Przysuwam się bliżej chłopaka, pocieszona tą myślą i zamykam oczy.

***

     - Miałaby piętnaście lat... Piętnaście lat - słyszę złamany głos zza drzwi łazienki. 
Przez chwilę biję się z myślami, ale w końcu szarpię za klamkę - drzwi bez problemu puszczają - i wchodzę do środka. Od razu uderza we mnie zapach owocowego żelu. Ciepła mgiełka osadza mi się na twarzy i tworzy wilgotną warstwę. Wierzchem doni ścieram kropelkę, która uformowała mi się na wardze. 
     Katniss siedzi zgarbiona i kompletnie zrezygnowana w brodziku prysznica. Woda leci na nią z góry i całkowicie ją moczy - prawdopodobnie wpływa do ust, wpada do oczu i miesza się z łzami. Włosy stoją jej w każdą stronę. Przez to, że gorączkowo wplątuje dłonie we włosy, kołtun formuje się na kołtunie, ale nie zwraca na to uwagi i jeszcze namiętniej je splątuje. Kiedy zauważa moją obecność wcale nie przestaje płakać, nie uspokaja się, owija tylko rękami nogi i przyciąga je bliżej siebie. Jej wcześniej różowe usta teraz stały się czerwone - ubrudzone od krwi - i popękane oraz pokaleczone od nadmiernego ich zagryzania.
- Skończyłaby piętnaście lat - szepcze ni to do mnie, ni to do siebie, i zakrywa usta. Wbija we mnie wzrok, jakby przypomniała sobie o tym, że ją obserwuję. 
- Nie myśl sobie, że jestem obłąkana - prosi, ale w jej głosie słyszę krztę oskarżycielskiego tonu. - Dziś urodziny Prim - dodaje w ramach wytłumaczenia. I znów zalewa się rzęsistymi łzami. 
     Nawet nie myślę o zdjęciu ubrań, zanim wchodzę pod strumienie wody. Automatycznie wyciąga ręce w moim kierunku, kiedy kucam obok niej.
- Mnie też jej brakuje, kochanie - zapewniam ją, kiedy w końcu usadawiam się wygodnie, a Katniss zajmuje miejsce na moich nogach. Moje ubrania od razu przesiąkają wodą aż do ostatniej suchej nitki. Z końcówek moich włosów woda spływa ciurkiem. 
- Dziś są jej urodziny - powtarza, a mnie aż kraja się serce, gdy słyszę ton jej słabego głosu. Nawet nie muszę się jej pytać ile tu tak łkała, bo dobrze wiem, że długo. 
- To nie powinno się stać, prawda? - pyta, ale nie daje mi czasu na odpowiedz. - To jest jakaś ironia - wybucha. - Nieśmieszny żart.
     Oddycha głośno i pociąga nosem, który natarczywie pociera. Skórę ma całą czerwoną i dopiero na ten widok przytomnieję i wyłączam wrzącą wodę, płynącą z prysznica, której ciepłota parzy skórę.
- Zgłosiłam się za nią, żeby ją uratować, a ona i tak umarła. Umarła. I to przeze mnie, jeśli spojrzeć na to głębiej. 
- Nie mów tak, proszę. To nie jest prawda. Nie mogłaś nic na to poradzić. Bo przecież kto wiedział, że spuszczą te spadochrony? Nie ja, nie ty. 
-Ale gdyby nie ja, nie byłoby wojny i...
- Gdyby nie ty, wciąż trwałyby Głodowe Igrzyska. 

      Kiedy w końcu cichnie, zsuwa się nieco i opiera czoło o mój obojczyk. Warga jej drży. Broda również, ale wygląda na to, że wierzy moim słowom - chociaż troszkę, ale nie do końca. Nikomu nigdy nie uda się jej to wyperswadować do końca, ta myśl zostanie w niej, choćby kłębiąc się w niej - gdzieś w środku, ale nie będę zabraniał jej czuć chwilowej słabości i tęsknoty, gdyż jest tylko człowiekiem, a ludzie odczuwają takie rzeczy w trudniejszych chwilach, gdy ciężar leżący w sercu staje się aż nadto natarczywy. Ale jest człowiekiem i powinna czuć takie rzeczy.
Wysuszyliśmy się, ubraliśmy i spokojnie, by dać myślom szansę na poukładanie się, ruszyliśmy w kierunku lasu, gdzie zrobiliśmy coś na wzór grobu, miejsca upamiętniającego Prim, by spędzić tam kilka chwil i obsypać je kwiatami
    Katniss dotyka kamienia, który tu położyliśmy. Spędziłem dwa dni na malowaniu tu podobizny Prim. Chcieliśmy, by wokoło jej twarzy wypisane były słowa piosenki.
W oddali łąki, wejdźże do łóżka
Czeka tam na cię z trawy poduszka.
Skłoń na niej główkę, oczęta zmruż,
Rankiem cię zbudzi słońce, twój stróż.

Tu jest bezpiecznie, ciepło jest tu,
Stokrotki polne zaradzą złu.
Najsłodsza mara tu ziszcza się,
Tutaj jest miejsce, gdzie kocham cię.
     Za każdym razem, gdy tu przychodzimy, Katniss przysiada na ziemi, ozdabia grób kwiatami i śpiewa tę piosenkę. Raz cicho, raz głośno, raz płacząc, a czasem z uśmiechem na ustach. Za każdym razem jednak ta sytuacja kojarzy mi się  z naszą pierwszą areną, gdy w ten sam sposób postąpiła z Rue, jej małą sojuszniczką z Jedenastego Dystryktu. Wiem dobrze, że od zawsze te dwie dziewczynki jej się ze sobą kojarzyły.  - O czym teraz myślisz? - pytam. - O tym, że na pewno by się polubiły.
Czasem najlepszym  pocieszeniem jest cisza. Więc milczę i patrzę, jak Katniss coraz lżej oddycha, aż w końcu się uśmiecha i śpiewa piosenkę.
 ➳➳➳
Nie rozpisuję się nazbyt długo, bo czasu brak, czasu brak! Czytam właśnie lekturę - tak, wiem, że mamy jeszcze wakacje, ale powiedzcie to mojemu poloniście.

Wielką inspiracją ( dla wszystkich części epizodu ) był [ten] obrazek. Uważam, że ten człowiek jest świetnym artystą! 
Do kolejnego, Roksana :)

niedziela, 16 sierpnia 2015

Zrastamy się na nowo, ja i Peeta (...) cz. 2

 Zrastamy się na nowo, ja i Peeta, choć momentami on chwyta się oparcia krzesła i czeka, aż ustąpią przebłyski wspomnień, a ja niekiedy budzę się z wrzaskiem, bo śnią mi się koszmary ze zmiechami i zaginionymi dziećmi. Ale jego ręce są w pobliżu, gotowe mnie ukoić. W końcu uspokajają mnie także jego usta. Nocą, gdy znowu czuję głód, taki sam jak ten na plaży, wiem, że i tak by do tego doszło.


     Podążam za Peetą, który idąc w kierunku drzewa, owija sobie linę wokół nadgarstka. Odwraca się do mnie i pogania, więc w rezultacie biegnę za nim, a na końcu skaczę mu na plecy. Bez większego problemu mnie podnosi, przytrzymując za uda.  Przez ułamek sekundy traci równowagę, ale szybko ją odzyskuje i kontynuuje marszrutę. Sama się dziwię, że postąpiłam z tak infantylny sposób, ale od razu odganiam tę myśl i zaciskam ręce na jego ramionach, gdy przyśpiesza i zaczyna biec. Zatrzymuje się dopiero pod samą rośliną.
     Drzewo, które wybraliśmy, ma z sześć metrów wysokości, a jego pień jest stabilnie gruby, o półtora metrowej średnicy i jest usadowiony w środku lasu. Kiedy patrzę w górę, pod niebem widzę rozgałęzioną koronę, bogato zdobioną błyszczącymi od rosy liśćmi.
Dołącza do nas Jaskier, który przez ten cały czas za nami podążał. Ociera się Peecie o odsłoniętą protezę i idzie dalej, żeby w odległości dwóch metrów przycupnąć i nas obserwować.
     Okrążamy podstawę drzewa, oglądamy gałęzie i szacujemy ich stabilność. Po kilku minutach zaczynam wspinać się po pniu aż do konara, i staję na grubej gałęzi, której uczepiam się obydwiema rękami. Skóra na dłoniach jeszcze nieco boli, gdy przesuwam nimi po szorstkiej powierzchni drzewa.
      Peeta z uśmiechem podrzuca mi linę, którą bez problemu chwytam. A zaraz potem drugą. Mocno przewiązuję nimi gruby pęd i spoglądam w dół, na Peetę, który pokazuje mi kciuki. Wracam na ziemię i razem szukamy witki, która posłuży za siedzisko.
      Nasza huśtawka wisi na ramieniu drzewa ponad małym spadem. Ziemia od korzeni nieco opada, a na samym dole płynie strumyk.
Przez chwile stoimy i cieszymy wzrok naszym małym dziełem. Peeta owija mnie ramionami i przyciąga do siebie. Raz muska moje wargi i puszcza. Jeszcze przez chwilę wpatrujemy się w huśtawkę, a ja myślę o tym, że takie małe sprawy pozwolą nam znów się zrosnąć.

     Śmieję się, gdy siadam na gałęzi i chwytam się obiema rękami liny, żeby nie spaść, kiedy chłopak łapie za huśtawkę i ciągnie mnie do tyłu. Kiedy puszcza, lecę przed siebie. Odchylam głowę do tyłu i przypatruję się niebieskiemu niebu, które widać zza liści drzew. Puszyste chmury płyną miękko po błękicie, a ja, za każdym razem, gdy wystrzeliwuję do przodu, i odchylam głowę, przyglądam się ich sielankowemu widokowi. Czuję się jak ptak, szybujący w powietrzu między gałęziami, kierujący się ku niebu.
     Kiedy Peeta nagle mnie zatrzymuje i znów popycha, skręcając nieco w bok, więc w rezultacie kręcę piruety, zaczynam się śmiać. Kurczowo trzymam się uchwytów i przyciskam policzek do ramienia, gdy krzyczę w głos. Kiedy mam dość, proszę go, żeby mnie zatrzymał. Robi to od razu, a kiedy staję na ziemi, chwyta mnie w ramiona, bo tracę równowagę przez kręcenie się na huśtawce. Przytula mnie wydawałoby się nieco za długo, ale nie narzekam. Mało tego! Wtulam się w niego jeszcze mocniej, a na mojej twarzy pojawiają się czerwone prześwity.

      Chłopak wyciąga mały nożyk z tylnej kieszeni spodni i szczerzy zęby, gdy pokazuje mi narzędzie w całej okazałości.
- Po co to? - pytam i lekko drżę, obawiając się następnego wybuchu, którego jednak nie ma, bo Peeta po prostu podchodzi do pnia i  przykłada ostrze do kory. Sprawnie wydłubuje serce. Dołączam do niego i staję po jego prawej stronie. Przyglądam się jego sprawnym dłoniom, pokrytym bliznami, które wycinają litery w środku serca. Kręcę głową, a na moje usta wkrada się cień uśmiechu.
- Zachowujemy się jak dzieci - stwierdzam.
- Bo nimi jeszcze nimi jesteśmy - zaczyna. - Nawet jeśli mamy już po dziewiętnaście lat... to kiedy mieliśmy zachowywać się jak dzieci?
     Odwraca do mnie twarz i patrzy się na mnie przez dłuższą chwilę, oczekując odpowiedzi. Ale odpowiedź nie nadchodzi. Zamiast tego zbliżam się do niego i subtelnie muskam kącik jego ust.
- Masz rację.
- To może być nasze sekretne miejsce.

***
     Budzę się cała zalana potem i automatycznie wyskakuję z łóżka jak oparzona. Patrzę na miejsce obok z nadzieją, że jakimś cudem znajdzie się tam Peeta, żeby mnie uspokoić, ale spotykam się z rozczarowaniem. Na marne usiłuję opanować oddech. Zapalam światło, żeby obejrzeć pokój i znaleźć ewentualne zagrożenie, zaczajone w ciemnych i pustych zakamarkach pomieszczenia. 
Kiedy jestem pewna, że nie znajduje się tu nic, co wydawałoby się dziwne i niespotykane, zakładam sweter i schodzę na dół, do kuchni, która wydaje mi się bardzo bezpieczna.
     Siadam na krześle przy blacie, ówcześnie zapalając światło w pomieszczeniu. Robię sobie gorącą herbatę i wlokę się po koc. Opieram głowę na pięściach i aż nadto namacalnie uderza we mnie uczucie osamotnienia. Siedzę sama w tym dużym domu. Zupełnie sama. Bez mamy. Bez Prim. Nawet bez Peety, który właśnie smacznie śpi u siebie.
      Kiedyś zapewne podobałaby mi się taka sytuacja, a raczej potrafiłabym się w tym wszystkim odnaleźć i nie czuć się źle, bo przecież samotne wyprawy do lasu zawsze mi się podobały. Później poznałam Gale'a i było jeszcze lepiej. Teraz czuję się fatalnie. Jedynym towarzyszem jest mi kot mojej siostry, który usiłuje się mnie polubić. Albo chociaż nieco mniej nienawidzić....
      Ktoś puka do drzwi, a ja aż podskakuję na miejscu. Jaskier, który towarzyszył mi przez ostatnie kilkanaście minut, syknął w kierunku hałasu. Wstaję i otwieram drzwi, a za nimi dostrzegam Peetę, który przeciera zmęczoną twarz. 
- Nie możesz spać? Znów męczyły cię koszmary?
Kiwam głową i odsuwam się, zapraszając go tym do środka, ale chłopak nie rusza się z miejsca tylko przygląda się mi badawczo. 
- Chodź - wyciąga ku mnie dłoń. - Pójdziemy na dwór.
     Staram się nie patrzeć na niego jak na szaleńca. Jest przecież środek nocy, a on stoi w moich drzwiach w piżamie i z potarganymi od snu włosami. Uśmiecha się do mnie zachęcająco, więc ulegam i biegnę po koc oraz herbatę.
     Wychodzimy do ogródka, gdzie rozkładamy koc i na nim siadamy. Ściskam w dłoniach kubek, który aż parzy mi dłonie, tylko pogłębiając ogólnie fatalny stan mojej skóry. 
Peeta wyciąga mi naczynie z rąk, odkłada je na bok i ciągnie mnie, żebym się położyła. Ujmuje palcami moje dłonie i zaczyna je całować. Pocałunki składa jeden obok drugiego i nie zapomina o żadnym miejscu. Wkrótce czuję mrowienie, ale nie tylko na rękach, gdzie mnie wycałował, ale i na całym ciele.
       Leżymy ramię w ramię, wpatrując się w ciemne niebo, na którym naszyto mnóstwo świecących i połyskujących gwiazd. Księżyc wisi gdzieś na środku. Jest jednocześnie tak potężny, ale i niestabilny. Jesteśmy w zupełnej ciszy, ale żadnemu z nas to nie przeszkadza.
Dotykam palcem wskazującym jego knykcia, a potem śródręcza. Jego palce również zaczynają się poruszać, aż w końcu łączymy nasze ręce. Przysuwam się bliżej chłopaka i kładę mu głowę na ramieniu. Razem wpatrujemy się przed siebie... Aż nagle widzimy coś na niebie. To piękne, jasne i bardzo widoczne, ale piekielnie szybkie. Aż podnoszę się na przedramiona i potrząsam Peetą, żeby na pewno to wdział. 
- Pomyśl życzenie - poleca. 
Patrzę mu w oczy, świecące jak gwiazdy na niebie, i zastanawiam się nad moim pragnieniem. 
- Na trzy? 
Oboje kiwamy głową. - Na trzy.
Kiedy Peeta odlicza ostatni, zaraz przy moim uchu, łaskotając ciepłym powietrzem moją małżowinę, oboje mówimy.
- Chciałbym zatrzymać tę chwilę, tu i teraz, żeby żyć w niej na zawsze.
- Chciałabym spędzić z tobą każdą minutę, która pozostała mi do końca życia.
     Moje życzenie nawiązuje do słów, które powiedział mi na kilka dni przed naszym powrotem na arenę. Teraz, gdy minęło sporo czasu, mam sentyment do każdego słowa, które wypowiedział, zanim mnie znienawidził.

***
      Kiedy byłam młodsza, tata zabierał mnie na polowania. To on nauczył mnie wszystkiego, co wiem i co umiem. Bez niego łuk byłby dla mnie zwykłym przedmiotem, a nie bronią, która gwarantuje przeżycie; i dzięki któremu udało nam się przetrwać. Łucznictwo było moją szczególną umiejętnością, było czymś, co wszystkim jednoznacznie się ze mną kojarzyło. Więc kiedy Peeta poprosił mnie, żebym nauczyła go strzelać, wcale się nie zdziwiłam.
            Zaopatrzyliśmy się w łuk, komplet strzał i jedzenie oraz picie, żeby nie trzeba było się śpieszyć, i wybraliśmy się na długi spacer do lasu. Pognaliśmy daleko, penetrując zapomniane już przeze mnie miejsca.
       Przed sobą, po bokach i za sobą mamy gęsto porośnięty las. Przez chwile się rozglądam, aż do momentu, gdy wybiorę kierunek, w którym będziemy strzelać. Kładę nasz ekwipunek na trawie i kiedy podnoszę wzrok, zauważam powalony pień, stary jak świat. Z zaciekawieniem podchodzę do niego i zaglądam do dziury w środku. Jak na rozkaz widzę mój stary łuk, który ukryliśmy tu kiedy jeszcze tata żył. Na samo wspomnienie ojca, chowającego go tu, moje oczy zachodzą łzami, ale uśmiecham się pod nosem. 
     Wyciągam broń i kilka strzał, nie wierząc, że będą się nadawały jeszcze na cokolwiek - czas robi swoje - ale z czystego sentymentu chcę to zatrzymać. W zasadzie to nie wiem dlaczego tu nie wracałam. To przecież takie piękne miejsce. Wciąż pachnie tu tatą. A gdy zamknę oczy i znienacka je otworze, mogę dostrzec kawałek myśliwskiego buta - gdzieś w oddali.
       Nie muszę mówić Peecie co to. Sam doskonale to wie, bo już nieraz opowiadałam mu o naszych rodzinnych wyprawach na polowania. Cierpliwie czeka, w milczeniu, gdy próbuję naciągnąć starą cięciwę i wystrzelić strzałę. Jestem mile zaskoczona, gdy leci kilka metrów przed siebie.
Chłopak podchodzi do mnie od tyłu i przytula. Odwraca mnie do siebie i wyciera łzę, która zwisa z mojej brody. 
- Teraz - zaczynam i pociągam nosem. - Teraz twoja kolej.
      Odkładam stary komplet i biorę nowszy, który ze sobą wzięliśmy. Przewieszam sobie przez ramię kołczan ze strzałami, do ręki biorę łuk i prezentuję Peecie prawidłową postawę łuczniczą. Na samym początku karzę mu przyjąć taką samą - na sucho - w ramach ćwiczenia przed praktyką. 
     Podchodzę do niego i obserwuję każdą część ciała. Poprawiam mu ułożenie nóg i w końcu podaję mu broń, którą ściska w lewej ręce. Przypominam mu, żeby rozluźnił uścisk pięści i prezentuję jak powinien opierać majdan łuku na wewnętrznej części dłoni. 
- Dobrze - stwierdzam i podaję mu strzałę, z którą radzi sobie sam. Wkłada rowek strzały na cięciwę i układa na niej trzy palce. 
- Teraz naciągnij ją do jakiegoś punktu na swojej twarzy. Może być to broda, kącik ust czy policzek.
Bez słowa robi to, co mu każę. - Celuj w tarczę. Zamknij prawe oko, żeby wycelować. I postaraj się być precyzyjny. 
     Przez moment wpatruje się w kierunku celu i zsuwa palce z cięciwy. Robi to w sposób podobny do mojego. Widać, że często mi się przygląda. 
Strzała wystrzeliwuje przed siebie i gna prosto, ale nie uderza w tarczę tylko chyłkiem przelatuje obok, a cięciwa uderza do w przedramię. Nie krzywi się, chociaż wiem jaki to ból. Podaję mu kolejną strzałę i obserwuję jego ruchy. Potem kolejną i kolejną. Żadna z nich nie uderza w cel. Dostrzegam zdenerwowanie i zrezygnowanie na jego twarzy, ale nic nie mówi.
Nakłada kolejną strzałę, ale zanim ją wypuści, kładę ręce na jego pośladkach i przesuwam je nieco do tyłu, bo wypychał biodra zbyt ku tarczy. Tym razem trafia z samego brzegu, ale trafia. Łączy się to z jego szerokim uśmiechem. Nie ma problemu z naciąganiem tylko z celowaniem.
- A już miałem złamać ten łuk - śmieje się. - Ale chyba wtedy bym oberwał strzałą w nogę, prawda?
Nie odpowiadam, tylko wytykam język w jego kierunku i podaję kolejną strzałę.
- Napnij mięśnie ramienia i barku - nakazuję i od razu lepiej mu idzie, choć celuje zbyt do góry.
Przy kolejnym strzale staję za nim, przywieram do jego pleców - czuję napinające się mięśnie - i usadawiam ręce jego rękach. Jedną pięść zaciskam na majdanie Pomagam mu celować, ciągnę łuk nieco niżej - problem w tym, że zza jego szerokich pleców niewiele widzę. Strzela prawie w cel. Całuję do w policzek, zanim zrozumie czego dokonał. 

- Nie, nie od razu strzelałam tak, jak teraz - odpowiadam na pytanie Peety, który rozłożył się na trawie, żeby zjeść. 
- Oberwałem z cięciwy. Też tak miałaś? 
- Oczywiście, że tak. Przychodziłam do domu z posiniaczonymi przedramionami i popuchniętymi palcami.
- To może ja też po kilku latach nauczę się strzelać jak Ty? Będziemy chodzili na randki do lasu, gdzie będziemy strzelać do wiewiórek. 
- Lepiej zajmij się chlebem - śmieję się w głos i zbieram wszystkie włosy w warkocza.
- No właśnie, jak o tym mowa - zaczyna. - Spójrz, co upolowałem.
I wyciąga ku mnie dłoń, a w niej bułkę ze strzałą w środku. 

To, czego potrzebuję do przeżycia, to nie ogień Gale’a, podsycony wściekłością i nienawiścią. Mam w sobie wystarczająco dużo żaru. Potrzeba mi wiosennego mniszka, jaskrawożółtego kwiatu, który symbolizuje odrodzenie i nie oznacza zniszczenia. Oczekuję zapowiedzi, że życie będzie toczyć się dalej, bez względu na to, jak poważne ponieśliśmy straty. Chcę wiedzieć, że znowu może być dobrze, a tylko Peeta może mi to ofiarować.


 ➳➳➳
To wciąż niedziela! Godzina 22, ale niedziela! Siedziałam nad nim długo, cały dzień i mój mózg i kręgosłup mają dość, więc nie rozpisuję się więcej. Nie wiem czy ten epizod w ogóle jest dobry , ale na serio nie miałam już siły nad nim dłużej siedzieć, a przecież musiał być dodany w niedzielę. Już robiłam kilka odstępstw od norm. 
Do kolejnego, Roksana! 

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Mamy siebie cz.1

      Siedzę przy stole i wystukuję rytm, uderzając opuszkami palców o blat. Śliska Sae wyszła kilkadziesiąt minut temu, ale zostawiła talerz dobrej zupy, której nawet nie tknęłam.
Jestem nieco przestraszona, ale w duchu się cieszę. Jaskier usiadł na krześle obok i tęsknym wzrokiem wpatruje się w bekon, który leży naprzeciwko mnie. Sięgam po jeden plasterek i rzucam mu go, a on dziękuje mi cichym, ale wyraźnym pomrukiem.
     Siedzę i przyglądam się różowej skórze na przedramionach. Nie robię nic innego. Tylko wpatruję się w naruszoną przez ogień skórze.
     Peeta przychodzi do mnie z rana. Wcześniejszego dnia, gdy spotkałam go na dworze, gdzie podziwiałam niedawno zasadzone Prymulki, zapowiedział swoje odwiedziny, szczerząc przy tym w uśmiechu białe zęby. Zgodziłam się, uprzedzając swoją wypowiedz chwilą ciszy. Nawet się nie zastanawiałam, cieszyłam się, że to zaproponował. Po prostu nico się bałam.
     W dłoniach trzyma dwa bochny chleba, które kładzie na stole w kuchni. Mimo, iż zgodziłam się na to, żeby przeszedł, staję w odległości dwóch czy trzech metrów, gdyż obawiam się jego wybuchów. Stoję, oddalona, ale marzę, żeby znaleźć się bliżej.
Chłopak zauważa ten dystans i aż nadto wyczuwalne napięcie, ale tylko kręci głową i wzdycha cicho.
    Przebywamy w zupełnej ciszy, gdy kroi chleb i układa idealne kromki na talerzu.
Zaciskam dłonie na biodrach i wstrzymując oddech, przyglądam się jego skupionej twarzy, gdy wyciąga również ciasteczka z wymalowanymi niebieskimi kwiatkami.
- Dziękuję - szepczę, gdy Peeta odwraca się do mnie, wycierając dłonie w lnianą ściereczkę.
Wyciąga ku mnie naczynie z pieczywem i skinieniem głowy zachęca mnie do zjedzenia. Podchodzę do niego powoli, uważnie stawiając każdy krok i lustrując mowę jego ciała. Opiera się o blat ale rękę ma wciąż przed sobą.
- To przykre - zaczyna, gdy wgryzam się w kromkę. - To, że się mnie tak wciąż boisz - eksplikuje pośpiesznie.
Po prostu udaję, że tego nie słyszałam, i że nie słyszę też głośnego bicia własnego serca, które aż łomocze o moje własne żebra. " Boisz się mnie. Prawda czy fałsz?", pyta, gdy z trudem przełykam chleb, który jest tak dobry, że wpycham go do ust zupełnie suchy. Jest jeszcze ciepły. Skórkę ma chrupką, ale środek jest rozkosznie miękki. Gryzę kolejny kawałek i żuję go dłuższą chwilę.
- Nie boję się ciebie - odpowiadam i żeby pogłębić swoją wiarygodność staję obok niego. Ramię w ramię. Skręca głowę w moim kierunku, a ja odwracam wzrok, ale zaraz potem odpuszczam i kładę głowę na jego ramieniu.Chcąc pokazać mu, że się go nie boję, staję przed nim, wspinam się na pace i całuję go w policzek. Czuję jego gorącą skórę pod ustami i kiedy w końcu się od niego odrywam, moje wagi zaczynają mrowić, a zaraz potem drżeć z zimna. Przyciskam więc wargi do jego warg i przytrzymuję je przy sobie przez chwilę. Odrywam się i powtarzam tę czynność, zarzucając mu ręce na szyje. Jego dłonie opadają delikatnie - jedna na moje biodro, druga na kark. Całuję go zachłannie, a on oddaje pocałunek z taką samą intensywnością, wyraźnie zaskoczony moim posunięciem.
     Peeta, którego znałam był zabawną, pełną uczuć osobą, o dobrym sercu. Peeta, którego widzę dziś jest praktycznie taki sam.
Kiedy patrzę w jego oczy i widzę ten samo niebieskie jezioro, pełne szczęśliwych iskierek, tak samo znajome jak wtedy, gdy patrzyły na mnie dwa lata temu, wiem, że to ten sam Peeta. Tyle, że dogłębnie skrzywdzony. Wiem, że te oczy - tęczówki i źrenice - od dziś będą wyznacznikiem jego samopoczucia. Wejdę przez jego oczy, żeby sprawdzić co siedzi mu w głowie i jak się czuje w danym momencie. A ja muszę zwracać na to uwagę, żeby o niego zadbać.

***


     Pierwszy atak miał w trakcie naszego krótkiego spaceru po Dwunastym Dystrykcie. Byliśmy wówczas w kilku miejscach doszczętnie zniszczonych przez bombardowanie. Zapewne to miasto będzie wyglądało w taki sposób jeszcze przez jakiś okres, gdyż odbudowa zajmie zbyt wiele czasu. Peeta jednak uparł się, by zobaczyć to wszystko na własne oczy.
     Nie zrozumiałam o co chodzi, gdy stojąc pod szczątkami swojego starego domu, zaczął krzyczeć i rzucać się w przerażającym tańcu, który zna tylko skrzywdzony człowiek. Wziął osmoloną cegłę i rzucił nią w pobliskie, częściowo zachowane okno, które po sekundzie roztrzaskało się na tysiąc różnych kawałków. Później - bo chyba czuł zbyt duży zamęt we własnej głowie - uderzył gołą pięścią w kawałek nadal stojącego muru. Pomyślałam, że był zwyczajnie sfrustrowany, widząc pobojowisko, a nie dom. W rzeczywistości to nawet nie przypominało dawnego budynku mieszkalnego. Część cegieł już dawno wynieśli. Stałam, przerażona myślą, że najprawdopodobniej w środku zginęła rodzina Peety. Stanęłam z boku i pozwoliłam mu odreagować.
     Dopiero, gdy ujął w dłonie stary znak z napisem "Mellark's Bakery", zrobiony z jakiegoś metalu, i ruszył ku mnie, z twarzą wyraźnie rozwścieczoną, zrozumiałam co tak na prawdę się dzieje. Pod nosem szeptał wianuszki przekleństw i obelg w moim kierunku, a oczy płonęły mu nienawiścią. Zamachnął się i już przed oczami miałam ciemno, gdy ręka Toma powędrowała na moje ramię i odciągnęła mnie na bok, z daleka od zasięgu uderzenia Peety. Drugi człowiek, który pomagał Tomowi, obezwładnił Peetę. Przycisnął go ciężarem swojego ciała do ostrych kamieni i nie puszczał, aż ten przestał się rzucać. Ja stałam z Tomem, który obejmował mnie ramieniem, i próbowałam przetworzyć co się właśnie stało. W głowie rozbrzmiewały mi słowa, przypominające mi o jego torturach i początkowej niechęci... Przepraszam, nienawiści do mnie, i chęci likwidacji mojej osoby.
Stałam tak z boku, patrząc na jego zbolały konterfekt i myśląc tylko o tym, jak mi go szkoda. 

     Teraz, gdy drugi raz jestem świadkiem jego ataku, skulam się w kącie pokoju - jak najdalej rozwścieczonego chłopaka i błagam pod nosem, by minęło to jak najszybciej. Nie mija.
Peeta natomiast podchodzi do mnie, zaciska dłonie na mojej koszulce i podnosi do góry. Na chwilę jestem ponad ziemią, ale nie na długo, bo prawie od razu stawia mnie na ziemi, wyprostowaną jak struna, żeby zaraz potem znów powalić mnie na ziemię uderzeniem w twarz.
     Patrząc na niego z dołu; z takiej perspektywy, jest wysoki aż do sufitu. Stoi nade mną, a ja usiłuję zobaczyć jego twarz. Widzę jego oblicze całkowicie zamazane przez łzy, zbierające się w moich oczach. Spluwa zaraz przy mojej głowie i krzyczy coś kompletnie niezrozumiałego. Zamykam oczy i rozwieram usta, bo przez wciąż zaciśnięte wargi jest trudno mi oddychać. Leżę sztywno, jestem jak niemowa. Zresztą, nie przychodzi mi do głowy nic, co mogłabym mu powiedzieć. 
      Kiedy w końcu się uspokaja i dochodzi do niego co zrobił, siada na kanapie, chowa twarz w dłoniach i płacze. Płacze, a to chyba ja powinnam płakać?
- Nie wiesz nawet jak okropnym uczuciem jest robić coś wbrew sobie. Coś, czego w innych okolicznościach nigdy byś nie zrobiła, bo nawet sama myśl o tym jest nieznośna bolesna. Wolałabym, żebyś biła mnie przez następne tysiąc lat, dzień w dzień, niżeli ja miałbym cię uderzyć jeszcze chociaż raz - tłumaczy mi, pociągając nosem, a ja wierzę jego słowom. 
      Tego samego wieczora, gdy Peeta położył mi zimny okład na oko, obydwoje dzwonimy do doktora Aureliusa, żeby dał nam jakieś rady. Kiedy mówi tym swoim lekarskim żargonem, już nie mogę słuchać, głowa mi pęka od nadmiaru emocji, więc wychodzę, zostawiając Peetę samego. Ten rozmawia z lekarzem przez kilkadziesiąt minut i tym razem to on zostawia mnie.
Tyle, że nie przychodził przez kolejne trzy dni, a kiedy do niego pukam, nie otwiera. Słyszę jednak jego własne zawodzenie w głębi budynku, i hałas, towarzyszący tłuczeniu naczyń i innych przedmiotów. 
      Jak później się dowiedziałam, chciał dać mi czas na przetworzenie wszystkiego, więc nawet się ze mną nie żegnał, a w domu wypróbowywał ćwiczenia od Doktora.

     Kiedy przychodzi kolejny atak, Peeta radzi sobie lepiej.
Kiedy ja zaszywam się w kącie jego kuchni, on łapie się oparcia krzesła i przeczekuje przebłyski wspomnien. Z tym, że trwa to stanowczo za długo, a na samym końcu widzę, że opada z sił od zaciskania palców na drewnianym meblu, i od nieustającego krzyku. 

     Z kolejnymi przebłyskami wspomnień staram się być coraz bliżej chłopca z chlebem, bo przecież to wciąż on. Rękami, którymi teraz trzyma się krzesła, uratował mi życie, rzucając w moją stronę chleb. 
     Najpierw wstaję i idę kilka kroków przed siebie, ale zatrzymuję się w bezpiecznej odległości. Przyglądam się mu, próbuję coś mówić, ale głos mam zbyt cichy, by usłyszał to przez jęki, które wydaje z siebie.
       Kolejnym razem znów stoję w pewnej odległości, ale mówię głosem pewnym, słyszalnym. Peeta aż cichnie, gdy do niego przemawiam, mówiąc mimo wszystko miękko. 
Najlepszym sposobem okazuje się dotyk. Więc kiedy w końcu znajduję w sobie na tyle odwagi, uprzedzając to małymi kroczkami, dotykam jego pleców, których mięśnie automatycznie napięły się pod moim dotykiem. Muskam jego kręgosłup tylko przez moment i szybko odrywam rękę, którą przeciskam do piersi. Ale powtarzam tę czynność kilkukrotnie. Nawet odważam się wsunąć rękę pod jego koszulkę, tuż nad paskiem spodni, i dotykam jego gorącej skóry, mówiąc przy tym kojące słowa.
     Największym osiągnięciem jest moment, gdy przytulam się do jego pleców i nie puszczam mimo krzyków i przekleństw, które i tak po jakimś  całkiem szybkim czasie ustają, aż Peeta zupełnie puszcza się oparcia krzesła i szybko odwraca do mnie. Ku mojemu zdziwieniu - nie uderza mnie. Wręcz przeciwnie, bo bierze moją twarz w dłonie i całuje. Nasza ślina miesza się z jego słonymi łzami, ale nie przeszkadza mi to, bo jestem szczęśliwa, że nareszcie znaleźliśmy sposób, by radzić sobie z jego atakami.
     Następnie odbywamy długą rozmowę. Żadnemu z nas to nie sprawia problemu. Wręcz nam pomaga. 
Tego dnia Peeta pierwszy raz od wielu miesięcy zostaje u mnie na noc i tuli do siebie aż zasnę. I dłużej, bo gdy rano się budzę, on nadal jest obok, przyciskając moje ciało do swojego.

➳➳➳
Tak, wiem, że jest poniedziałek. Tak, wiem, że miałam dodawać w niedzielę, ale czasem zdarza się tak, że nie dam rady dodać od razu. Dziś pisałam ten epizod cały dzień, na czym ucierpiał mój pies, bo musiałam sobie darować nasz długi spacer. 
Dzielę ten epizod na  nawet 3 części, więc w niedzielę kolejny, a dobrze, bo postrzelam z łuku i będę mogła wiarygodnie opisać jak Katniss uczy Peetę (ups, wygadałam się? ). 

Do niedzieli, Roksana!